środa, 8 września 2021

Od kilku dni towarzyszy mi niewyobrażalnie wielki napływ pozytywnej energii jakiego nie doświadczyłam od lat. To oznacza, że ostatnimi czasy tylko wydawało mi się, że czuję się dobrze, a w rzeczywistości czułam się obojętnie. Obojętność natomiast to nie czucie się dobrze. Wszystko mnie uszczęśliwia. Mimo rozłąki czuję względny spokój i radość. Nagle stanęłam przed lustrem stwierdzając, że czuję się ze sobą dobrze i  choć wiem, że pewnie jeszcze nie raz będzie mnie zwodzić z dobrej drogi to wcale nie chcę już się głodzić. Więc jem z umiarem, ale to na co mam ochotę, staram się ruszać, rozciągać, pić dużo i choć waże się prawie codziennie to jedynie pilnuje wagi. Pogoda za oknem jest cudowna, a ja za wszelką cenę staram się ją wykorzystać. Myślę o ty ile rzeczy muszę jeszcze zrobić i o tym ile wspaniałych chwil mnie czeka. Rozmyślam o tym jak było, dużo wspominam i na każdą taką myśl robi mi się ciepło na sercu. Tęsknię, ale pisze, dzwonię, przeglądam zdjęcia i całkiem nieźle sobie radzę. Wreszcie. Mogę też teraz wsiąść na konia, zająć się czymś, robić to co kocham. Czuję ciepłą sierść pod palcami, a słońce świeci mi po twarzy i nie potrzebuję nic więcej. Tylko powolutku kroczyć tak przed siebie, nigdzie się nie spieszyć, tylko tyle wystarczy. Czuję się po prostu szczęśliwa.
Minął prawie miesiąc odkąd znów biorę Escipram. Większych skutków ubocznych brak, a leki chyba na prawdę zaczynają działać.
Ścięłam włosy, potrzebowałam zmiany i chyba nieświadomie wybrałam idealny moment.
Coś się zaczyna zmieniać
Na lepsze



poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Poradziłam sobie. Z biegiem czasu zauważam, że wychodzenie ze strefy komfortu idzie mi coraz lepiej i przynosi coraz większe korzyści. Widzę jaki progres zrobiłam w ciągu tych ciężkich 5 lat. Jak powoli zmienia się moje nastawienie do ludzi, stres się zmniejsza, a ja zaczynam robić się bardziej otwarta i śmiała. Przyznaję też wreszcie, że towarzystwo ludzi jest mi bardzo potrzebne w życiu i nie mam co tego faktu ukrywać. 
Skończyłam pracę i praktyki co oznacza, że skończyły się także wakacje. Czuję niedosyt, ale mam świadomość, że to nie jedyne wakacje, będą kolejne, jeszcze lepsze. Teraz przede mną kolejny ciężki okres, tamten był chyba jedynie próbą. Powolutku zbliża się pełen wyzwań październik. Póki co muszę zebrać się w sobie, pozałatwiać pewne sprawy, znaleźć pracę. Zaczynają się deszczowe dni. Zła aura unosi się w powietrzu i zwiastuje przyjście jesieni, a wraz z nią zimna, smutku i zmęczenia. A przede mną pół miesiąca rozłąki, na które nie do końca jestem gotowa. Cieszę się z obecności mojej małej, futrzastej kulki obok, ratuje sytuację, a potem robię herbatę, chowam się pod koc i wgapiam w ekran czekając aż czas upłynie. Melancholijny nastrój już mnie dopadł, a zaraz za nim lęki. Biorę leki i znowu jedyne o czym myślę to żeby przetrwać. 

niedziela, 15 sierpnia 2021

Swego rodzaju początek

A więc udałam się w końcu do psychiatry. Lęki wróciły, a senność i zmęczenie zaogniły się więc uznałam, że chcąc nie chcąc to już ten moment. Zaliczyłam więc stresującą (choć w gruncie rzeczy bardzo miłą) pogawędkę z panem psychiatrą i od jakiegoś tygodnia jestem już na lekach. Wróciłam do tabletek, które już brałam (ale przerwałam leczenie) i czuję się po nich całkiem nieźle, jedyną uporczywą dolegliwością jest ciągłe ziewanie. Psychicznie nie czuję zmian, ale wiem, że to jeszcze za wcześnie. Skończyłam za to już z pracą, która mnie stresowała, a przeniosłam na praktyki, które aktualnie stresują mnie równie bardzo. Wiedziałam, że będę musiała wyjść poza moją strefę komfortu, ale nie wiedziałam, że aż tak.  Nagle stałam się po prostu zupełnie sama, bez rodziców, narzeczonego, mojego psiaka, czy jakiejkolwiek znanej mi osoby i jestem przerażona. Tęsknie, chcę iść na łatwiznę i z powrotem znaleźć się w bezpiecznym miejscu, trzęsę się i płaczę, lęki zjadają mnie od środka, ale wiem, że to minie. Znowu muszę wytrwać, a na pewno mi się to opłaci. 

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Wypieram to z siebie na wszystkie możliwe sposoby, tłumaczę czymś zupełnie innym, ale ja faktycznie cholernie potrzebuję czyjejś atencji, choć nie zawsze, czasem. Czasem coś mi po prostu odbija mi mam ogromną potrzebę bliskości, kontaktu. Niby mam ludzi wokół, rodzinę, znajomych, ale nikt zbytnio się mną nie interesuję, moje samopoczucie jest niezbyt istotne, nie mogę liczyć na dobrowolną pomoc. Jedyną osobą, która poświęca mi swoją uwagę jest mój narzeczony. To świetne, ale czuję się jak w bańce, zawsze tylko ja i on. Za dziecka strasznie bałam się samotności, a teraz ona towarzyszy mi bardzo często. Jestem ludziom obojętna mimo, że oni dla mnie nie są. Staram się pomagać, ale często w odwrotnej sytuacji zostaję sama. Próbuję, ale nie potrafię znaleźć sobie znajomych. Czuję się nieciekawa, nudna, nie warta niczyjej uwagi, zrażam do siebie ludzi. Mam nawet gdzieś tam z tyłu głowy przeświadczenie, że nawet moja śmierć nie miałaby żadnego szczególnego znaczenia. Czuję ogromny gniew w stosunku do tych wszystkich osób. Ten gniew rozsadza mnie od środka, sprawia, że mam ochotę się krzywdzić, bo totalnie nie mogę nad nim zapanować. Dodatkowo zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo ta moja potrzeba bycia w jakimkolwiek centrum (mniejszym czy większym) jest toksyczna i chora. Wstydzę się tego dlatego tak ciężko mi się do tego przyznać. Walczę sama ze sobą, ale nie potrafię tego poczucia przezwyciężyć. 

Swego czasu czułam się silna. Patrzyłam jak robię rzeczy, o których wcześniej nawet bym nie pomyślała, jak pokonuję lęki i słabości. Wstawałam mimo zmęczenia i robiłam swoje. A teraz nie mam już powoli siły... Na nic, na uśmiech, na wyjście z psem, na pomoc komuś, na pracę, na wykonanie kilku telefonów. A najgorsza jest niemoc, świadomość, że nic nie jest się w stanie aktualnie na to poradzić, że wszystko zależy od mojej głowy.  Walka z umysłem to walka z wiatrakami. Tkwię w tym i tylko jedna, jedyna osoba rozumie co tak na prawdę się dzieję. Innym zostaje po prostu patrzeć i oceniać, bo nie jestem w stanie przedstawić rzeczy takich jakimi są w rzeczywistości. Więc walczę ze sobą samą, ze swoim zmęczeniem, ocieram znów łzy i staram się wciąż iść dalej, ale nie wiem na ile mi jeszcze sił starczy.

czwartek, 29 lipca 2021

Wspólny miesiąc wakacji z narzeczonym spędzam na pracy. Wstajemy o 6 cały czas się nie widząc i wracamy około 18 i tak nie mając czasu dla siebie, bo zawsze jest coś do zrobienia. A mnie nawet to nie przeszkadza, cieszę się, że nie spędzam kolejnych wakacji leniąc się tylko zarabiam na mieszkanie. Staram się jeść więcej, pić, oszczędzać się żeby mieć więcej siły, ale praca i tak wykańcza mnie psychicznie i fizycznie. Staram się zawsze spinać dupę choć czasem już nie mogę. Hamuje panikę, wycieram łzy, zbieram się w sobie i idę dalej, bo wiem, że muszę. Czasem sytuacja mnie przerasta, umysł nie daje rady albo organizm się buntuję jak dzisiaj i ze łzami w oczach zostaje, bo targają mną tak potężne wyrzuty sumienia. Czuję się wtedy słaba, bezsilna, leniwa, nieprzydatna. Próbuje sobie tłumaczyć, ale boję się osądu innych i tego, że zabraknie mi pieniędzy. Jest mi wstyd za siebie i to uczucie przytłoczenia jest tak wielkie, że nie potrafię sobie z nim już w żaden sposób poradzić i przychodzą mi na myśl bardzo złe rzeczy, z którymi oczywiście walczę. Wiem jedno, znowu po prostu muszę przetrwać, potem będzie lepiej.

niedziela, 25 lipca 2021

Jest średnio... Chodzę zmęczona i ogarnia mnie dziwna nostalgia. Za bardzo też rozpamiętuje, okropna cecha, wolę wybaczać i to robię, ale i tak nie potrafię potem zapomnieć. Mam ochotę tłumić myśli ostrzem albo alkoholem więc szukam lepszego środka, kładę się spać, kąpie się po 2 razy dziennie, wychodzę na spacer żeby ochłonąć zajmuję myśli moim małym, psim terapeutą albo wręcz intensywnie myślę, ale nie po to żeby się dobić, ale po to żeby wytłumaczyć sobie samej pewne rzeczy, samej sobie wybaczyć choć wychodzi różnie, tu jest ryzyko... Szukanie lekarza idzie opornie. Na nic mi skierowanie, bo w tym kraju ktoś musi umrzeć żeby zwolnić miejsce i dać szansę komuś innemu. Albo masz pieniądze albo trwasz i liczysz na cud. Smutne to bardzo. Zawsze tak jest, że raz na wozie, a raz pod wozem. Ostatnio raczej pod wozem i grubą warstwą mułu, ale prawda jest taka, że nie ważne co byśmy myśleli to po burzy zawsze przychodzi słońce, trzeba tylko przetrwać choć w danym momencie cały świat wali nam się na głowę, choć wydaje się to nie możliwe i jest cholernie trudne. Ja wiem. Ale nawet jeśli wyobrażasz sobie najgorsze to ono wcale nie musi nadejść. I nawet jeśli wydaje ci się, że wyjścia nie ma ono w końcu może się pojawić. Wystarczy przetrwać burzę tylko tyle i aż tyle. A gotowego przepisu na to jak to zrobić nie ma nikt, pozostaje jedynie szukać.

czwartek, 15 lipca 2021

Ostatnimi czasy wydawało mi się, że wszystko jest nawet we względnym porządku. Nic przecież nie męczy, nie boli, humor w miarę dopisuje, stres mało co doskwiera i nie czuję się tak mocno przybita jak dawniej. Żyłam za to w przeświadczeniu, że sama sobie szkodzę, że źle robię. Odechciało mi się rzeczy, które dawniej bardzo lubiłam robić, wyjątkowo kiedy już podjęłam decyzję i początkowo byłam podekscytowana nagle dochodziłam do wniosku, że będzie co będzie i wcale aż tak mi na tym zależy, nie cieszę się, nie czekam. W gruncie rzeczy wiele kwestii zrobiło się dla mnie obojętne, a bardziej ja stałam się obojętna na wszystko. I czułam się z tym potwornie źle, winiłam, tłumaczyłam lenistwem nie myśląc o tym, że depresja jak każda inna choroba ma swoje objawy i nie wszystko muszę utożsamiać ze swoimi wadami. Dzięki komuś zaświeciło mi się światełko w tunelu i powoli dopiero dążę do uwierzenia w to, że nie muszę się za wszystko obwiniać. Że czasem nadal męczą mnie lęki, wybucham płaczem bez powodu, nie mam na coś ochoty albo odczuwam mocne zmęczenie mimo, że dopiero co wstałam z łózka. Staram się zwalczać w sobie przekonanie, że nie jestem wrażliwa, ale wcale nie ZBYT wrażliwa i przez to winna swojej choroby i samopoczucia. Czasem trzeba się zatrzymać, posłuchać czego potrzebuje nasze ciało i umysł, pogodzić się z tym, że trzeba na chwilę przystopować i uzmysłowić sobie, że nie jest to wcale naszą słabością, a jedynie dbaniem o siebie. 

Ważna jest samoświadomość tego jacy jesteśmy, jakie są nasze motywy, z czego biorą się nasze zachowania i reakcje na otoczenie żeby nad tym pracować, powoli i małymi kroczkami do przodu, bo i nie od razu Rzym zbudowano. Czasem potrzeba też być dla siebie samego wyrozumiałym. Wrzucić na luz nieco, spojrzeć z innej strony, nie krytykować się za wszystko, bo nie wszystko w życiu jak i nawet samopoczuciu od nas zależy. Zwykle w stosunku dla siebie jesteśmy najbardziej krytyczni, tym bardziej kiedy wszystko zależy od naszej głowy, ale wcale nie powinno tak być. Każdy zasługuję na wybaczenie i zrozumienie, nawet my sami w stosunku do siebie. 

Szukaj na tym blogu